Były minister sprawiedliwości, wobec którego prokuratura chce postawić dwadzieścia sześć zarzutów, wymyka się z Węgier samochodem oznaczonym jako rządowy, przejeżdża przez Serbię i pojawia się w Waszyngtonie. Polska lewica i prawica patrzą na te same fakty — i relacjonują dwie zupełnie sprzeczne historie.
W sobotę 9 maja 2026 roku — w dniu, w którym władza w Budapeszcie przechodziła z rąk Viktora Orbána do rządu Pétera Magyara z partii TISZA — Zbigniew Ziobro, były minister sprawiedliwości i aktualny poseł PiS, zniknął z Węgier. Następnego dnia pojawił się w Stanach Zjednoczonych, gdzie Telewizja Republika ogłosiła, że został jej amerykańskim komentatorem politycznym. Polska prokuratura chce postawić mu dwadzieścia sześć zarzutów związanych z aferą Funduszu Sprawiedliwości, w tym kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Polski sąd wydał wobec niego postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. W dniu jego wyjazdu nie obowiązywał Europejski Nakaz Aresztowania. Rekonstrukcje wydarzeń opublikowane w tym tygodniu przez Newsweek Polska, Gazetę Wyborczą, Rzeczpospolitą, Do Rzeczy i wPolityce nie zgadzają się ze sobą niemal w niczym poza tym faktem.
Obie strony nie mogą mieć racji w tej samej sprawie. Poniżej sprawdzamy każde z głównych twierdzeń, opierając się na publicznie dostępnych faktach. Tam, gdzie dowody są niepewne — mówimy o tym wprost.
Formalnie rację ma prawica. Merytorycznie — lewica. Ziobro miał ważną amerykańską wizę i węgierski dokument podróży uchodźcy. Europejski Nakaz Aresztowania jeszcze nie obowiązywał — wniosek od lutego utknął w warszawskim sądzie. W chwili przekraczania granicy z Serbią nie był więc osobą poszukiwaną za granicą.
Ale: obowiązywał polski list gończy i postanowienie sądu o areszcie. Ziobro jest posłem z uchylonym immunitetem. A relacje Newsweeka o tym, że przekroczył zewnętrzną granicę UE samochodem oznaczonym jako „rządowy" — tak, żeby system Schengen nie zarejestrował wyjazdu — opisują zwykłe unikanie odpowiedzialności. Niezależnie od tego, jak to nazwiemy.
Tu narracja lewicowa jest dużo lepiej udokumentowana. Afera Funduszu Sprawiedliwości opiera się na konkretach: kontrola NIK z lat 2018–2020, zeznania byłego dyrektora w resorcie Tomasza Mraza przyjęte przez sąd, akty oskarżenia już skierowane przeciwko innym uczestnikom (Matecki, byłe urzędniczki, ks. Michał O.) oraz prześledzone przepływy pieniędzy — 22 mln zł do organizacji o. Rydzyka, około 100 mln zł na centrum medialne Fundacji Profeto, 25 mln zł na Pegasusa. „Polityczne prześladowanie" to deklaracja. Dowody są konkretne.
Ale: Ziobrze formalnie nie postawiono jeszcze zarzutów — bo skutecznie unika spotkania z prokuraturą. Z mocy prawa przysługuje mu domniemanie niewinności. Każdy z 26 zarzutów musi się jeszcze obronić w sądzie.
Obu stronom. PiS traci wizerunkowo: wiceprezes partii uciekający przez dwie granice wygląda fatalnie, a Kaczyński jest podobno wściekły. Ale obóz Tuska też dostaje rykoszetem: po październiku 2023 obiecywano szybkie rozliczenia, a działania prokuratury się posypały — wniosek o ENA spóźniony o miesiące, krajowy list gończy bezużyteczny za granicą, Interpol odmówił Czerwonej Noty dla Romanowskiego.
Prawica ma rację, że koalicja rządząca zawiodła w tej sprawie organizacyjnie. Lewica ma rację, że Ziobro unika odpowiedzialności. Obie rzeczy są jednocześnie prawdziwe.
Tu prawica ma najsłabsze argumenty. Reformy po 2023 r. — wymiana neo-sędziów, powrót do losowania spraw w sądach, odwołanie Barskiego z funkcji Prokuratora Krajowego — to dokładnie te kroki, których przez lata domagały się od Polski Komisja Europejska, Komisja Wenecka i TSUE. Cztery warunki Czarnka (przywrócenie Barskiego, odwołanie Żurka i Korneluka, koniec losowania spraw) oznaczałyby powrót do systemu, który UE uznała za niezgodny z prawem unijnym.
Można uczciwie krytykować sposób, w jaki rząd Tuska wprowadza te reformy — nawet niektórzy centrowi prawnicy wskazywali na zbyt szybkie zmiany kadrowe. Ale sam kierunek jest zgodny ze standardami państwa prawa, nie odwrotnie. Nazywanie tego „końcem praworządności" to odwrócenie znaczeń.
Sam wyjazd: prawica ma argument techniczny, ale wyciąga z niego za dużo. Afera korupcyjna: dowody przemawiają za lewicą — choć dopóki nie ma wyroku, Ziobrze przysługuje domniemanie niewinności. Nieudolność prokuratury: prawica trafnie wytyka błędy. Narracja o praworządności: tu prawicy brakuje argumentów — przeczą jej ustalenia instytucji UE.
Najważniejsze jest jednak co innego — i nie chodzi tu o Ziobrę. Polska w 2026 r. ma dwa równoległe światy informacyjne. Te same fakty produkują dwie spójne i całkowicie sprzeczne opowieści. A bardzo mało Polaków słyszy obie. To, a nie trasa Ziobry przez Belgrad, jest prawdziwą historią tej sprawy.